środa, 21 lutego 2018

Dominika van Eijkelenborg - TKANKI [recenzja książki]


Tytuł: Tkanki
Autor: Dominika van Eijkelenborg
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
MOJA OCENA: 8/10 ********


Historia tej powieści zaczyna się w momencie tragicznego wypadku samochodowego, mającego miejsce z nocy 31 grudnia na 1 stycznia. W samochodzie było troje młodych ludzi, w tym Finya, która niestety w tym wypadku ginie. Jednocześnie poznajemy Evie, u której zostaje wykryta dość poważna wada serca, uniemożliwiająca jej normalne funkcjonowanie. Stan zdrowia dziewczyny pogarsza się na tyle, że konieczny będzie przeszczep. W końcu znajduje się dawca, Evie dostaje nowe serce, może teraz poznać życie od tej strony, od którego go jeszcze nie znała. Niby wszystko wydaje się w porządku, ale matka dziewczyny staje się zaniepokojona zmianami jakie zaszły w córce. Kot, który spał z Evie nagle się jej boi, dziewczyna, która lubiła pastelowe kolory nagle ubiera się w te raczej krzykliwe, stanowczo oddala się od matki. Z jednej strony może to być sygnał nastoletniego buntu, którego Evie nie miała do tej pory okazji poznać. Jednak jej matka nie daje się uspokoić, zaczyna ją bardziej obserwować i na własną rękę rozpoczyna poszukiwania dawcy serca jej córki. Czy mogłoby być prawdą, że wraz z sercem Evie zyskała także cechy charakteru swojego dawcy? A jeśli tak, to jaki wpływ będzie to miało na jej życie?

Autorką ‘Tkanek’ jest Polka mieszkająca w Holandii i to właśnie tam toczy się akcja powieści. I pewnie szybko bym po tę książkę nie sięgnęła, ale zaintrygowała mnie recenzja Czytacza, a sam jakby opis książki zrobił swoje. Ostatnio sięgam raczej po książki młodzieżowe, od czasu do czasu czytam jednak coś z innych gatunków. I chociaż nie nazwałabym tej powieści thrillerem takim z krwi i kości, to muszę przyznać, że trzymała mnie w napięciu. Wydawać by się mogło, że temat transplantacji i jej konsekwencji wcale nie musiał mnie zainteresować, ale już od pierwszej strony czułam, że to książka dla mnie. Pobudziła moją wyobraźnię, ruszyła szare komórki, a przede wszystkim wzbudziła chęć szukania informacji i innych tego typu historii.

Jaka jest definicja książki dla mnie? Otóż musi mnie wciągnąć. A tu już od pierwszej strony czułam ten ewidentny magnez, który przykleił mi tę powieść do ręki i kazał czytać, dopóki nie skończę. Świetne portrety bohaterów, szpitalne tło, tragedia, zagadka i to coś, czego nie może dostrzec ludzkie oko, co medycyna dopiero odkrywa. Coś co nie jest namacalne, a wzbudza tak wielkie emocje, że drętwieją nogi. Bo czy jest możliwe, że faktycznie wraz z jakimś organem przejmujemy także cechy charakteru jej poprzedniego właściciela? To tylko teoria, ale jak się okazuje prawdziwa.

To, co w tej książce zachwyciło mnie najbardziej oprócz tematu, to narracja, która jest bardzo rytmiczna, jednocześnie podzielona między różnych bohaterów powieści. To sprawia, że możemy poznać o wiele więcej szczegółów całej historii, wejść w portrety psychologiczne nie tylko Evie i jej matki, ale także postaci drugoplanowych, które jak się okazuje odgrywają nie mniej istotną rolę w całej konstrukcji. Nadaje to całej książce wiarygodności, która jeszcze bardziej pobudza do czytania.

Pierwszy niepokój i strach o córkę sprawia, że obraz więzi Chantal i Evie wydawać by się mógł nierozerwalny. Bo kto, jak nie matka zna swoje dziecko najlepiej? I nawet nie pomaga to, że każdy próbuje ją uspokoić, Chantal uparcie trzyma się swojego zdania. Nie daje się zwieźć na proste ‘Evie jest nastolatką, pozwól jej żyć’, ale na własną rękę zaczyna szukać informacji, które mogłyby jej pomóc rozwikłać zagadkę zmiany w charakterze córki. Śledztwo Chantal jest fascynującym fundamentem całej powieści. Jej determinacja świadczy o wielkiej miłości do córki.

Również charakter Evie i jej postać wzbudzały we mnie spore emocje. W dzieciństwie spokojna, powściągliwa i chorowita, po przeszczepie zmieniła się nie do poznania. Nie musiałam być jej matką, żeby to zauważyć, a to dobrze świadczy o autorce, która świetnie nakreśliła tę przemianę. Mogę się założyć, że nad postacią Evie spędziła najwięcej czasu, żeby dodać tej postaci autentyczności w tej całej zmianie. I muszę przyznać, że to się udało.

Bardzo ciekawiło mnie zakończenie powieści. Nigdy nie czytałam książki o podobnym zagadnieniu, ale wiedziałam, że wszystko zmierza do rozwikłania zagadki. I gdy większość puzzli trafiło już na swoje miejsce zastanawiałam się, czy będzie w tym coś jeszcze. Oj, było. Gdy losy pewnych postaci splatają się ponownie i opada wielki mur tajemnicy okazuje się, że teoria tkankowa istnieje naprawdę, a zagadnienie to nie tylko fascynuje ale także w jakiś sposób przeraża.

Nie nazwałabym ‘Tkanek’ thrillerem, ale dramatem z elementami thrillera. Ta książka wciąga, fascynuje i dostarcza naprawdę wielu, wielu emocji. Spokojnie polecam ją nie tylko fanom powieści medycznych, ale także wszystkim, którzy lubią dreszczyk emocji i historię obyczajową, która pochłania bez reszty. Poznajcie losy Evie i Finyi, które tak bardzo różne, mają ze sobą wiele wspólnego.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece i również podkreślam, że ta powieść jest nie tylko dla kobiet. Panowie, spokojnie możecie po nią sięgnąć. 



czwartek, 15 lutego 2018

PREMIEROWO! Martyna Senator - Z popiołów





Tytuł: Z otchłani
Autor: Martyna Senator
Wydawnictwo: Czwarta Strona
MOJA OCENA: 8/10 ********

‘Z otchłani’ to druga, z zaplanowanych trzech powieści YA spod pióra Martyny Senator. Jej premiera odbyła się 15 lutego, czyli… dzisiaj J

Kasia jest przebojową dziewczyną, której pasją jest gotowanie. Od 5 lat jest w związku z Adamem. Wszystko jest w porządku, dopóki nie dowiaduje się, że Adam ją zdradził. Dziewczyna przeżywa wszelką paletę emocji z tym związaną: szok, niedowierzanie, poczucie bólu, winy i straty aż wreszcie złość i upokorzenie. Wtedy Mirka, jej najlepsza przyjaciółka za pomocą Tindera organizuje randkę w ciemno z przypadkowym gościem, o czym Kasia nie ma zielonego pojęcia. Gdy już dochodzi do spotkania tych dwojga, okazuje się, że Szymon proponuje Kaśce seks…

Podoba mi się, że z główną bohaterką ‘Z otchłani’ mieliśmy już do czynienia w pierwszej książce, czyli ‘Z popiołów’, tam jednak Kasia była na drugim planie. Tutaj zdecydowanie gra pierwsze skrzypce, chociaż bohaterowie poznani w poprzedniej historii również pojawiają się tutaj, gościnnie. Pióro Martyny Senator jest lekkie, rytmiczne, pozbawione zbyt długich opisów, owijania w bawełnę czy grania na emocjach. To kolejna historia o młodzieńczej miłości, która zrodzona z przypadku daje siłę i światełko w tunelu dla obojga bohaterów.

Relacja Kasi z Szymonem jest szybka, zaskakująca. Ktoś mógłby powiedzieć, że zbyt szybko i to niemożliwe, żeby w Internecie poznać kogoś wartościowego, ale ja się nie zgodzę. Życie bywa zaskakujące i kiedy najmniej się tego spodziewamy pojawia się coś, co podważa nasz tok myślenia. Oboje muszą poskładać swoje emocje, a tajemnica którą skrywa Szymon może wpłynąć na dalszy rozwój ich relacji. Dowodzi to także, że Kasia jest niezwykle dojrzałą młodą kobietą, która potrafi podejmować właściwe decyzje.

Historia opisana w książce jest autentyczna, szczera, ale także ciepła. Wywołuje uśmiech na twarzy, a plastyczne pióro Martyny Senator dodaje jej uroku. W kilku miejscach udało mi się westchnąć, zatrzymać się na chwilę by pomyśleć, uśmiechnąć się, a nawet uronić łzę. Jest to powieść na jeden wieczór, który z zimnego chłodnego wieczoru upstrzonego śniegiem może zamienić się w ciepły czas z cudowną historią, która daje nadzieję.

Polecam fanom twórczości autorki, jak i miłośnikom literatury YA. To nasze rodzime podwórko i jest równie dobre jak i te zagraniczne.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwo Czwarta Strona oraz We need Ya. 

środa, 7 lutego 2018

Mój Patronat! - Michael C. Grumley - Przełom

W głębinach Morza Karaibskiego...




Tytuł: Przełom
Autor: Michael C. Grumley 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Niezwykłe
MOJA OCENA: 8/10 ********

Lektura tej książki była dla mnie sprawdzianem. To coś, czego nie czytam zazwyczaj, ale opis zaciekawił mnie na tyle, że musiałam zawalczyć o egzemplarz do recenzji. Morskie głębiny zawsze mnie fascynowały ze względu na swój ogrom, lecz także to, co można znaleźć na ich dnie. Wraki zaginionych, zatopionych statków, szczątki ludzkich historii, skarby, a może nawet tajemnice, które nie są jeszcze pojęte przez człowieka.

Michael C. Grumley w swojej powieści odważnie wkracza w świat biologów morskich, rządku, prezydenta Stanów Zjednoczonych, grupy badaczy, a nawet stawia pewne kroki na Antarktydzie. Fabuła powieści podzielona jest na trzy główne wątki, których losy będą się splatać ze sobą wraz z akcją książki. Rozdziały prowadzone są z perspektywy różnych bohaterów, a jednym z nich jest inteligentna i niesamowicie błyskotliwa pani Alison Shaw. Wraz ze swoim zespołem pracują nad tłumaczem, który mógłby pomóc im porozumieć się z dwoma delfinami – Dirkiem i Sally. Gdy im się to udaje, jest to odkrycie na skalę światową, a możliwość rozmowy z innym gatunkiem daje im niesamowite możliwości. Oni chcą to wykorzystać do dobrych celów, ale niestety znajdą się też ci pochodzący spod ciemnej gwiazdy, widzący w tym odkryciu o wiele większe zyski.

Lektura tej książki niesamowicie wciąga, pomimo wielu informacji, którymi częstuje autor. Buduje świat swojej powieści bardzo dokładnie i szczegółowo, widać, że musiał dużo czytać, fascynować się biologią, a nawet powiedziałabym, że Michael C. Grumley był bardzo dobrym uczniem. Zabiera czytelników w niesłychanie ciekawą podróż, gdzie każda kolejna strona jeszcze bardziej podsysa atmosferę. Jego pióro jest bardzo lekkie i przyjemne, co jest wielkim plusem dla książki, bo czyta się ją naprawdę z zabójczym tempie. Dialogi między bohaterami ozdobione są często terminami i definicjami zaczerpniętymi z fizyki, chemii, biologii, a więc w tej powieści odnajdą się na pewno ci, którzy uwielbiają naukę i odkrywać świat.

Przełom to fascynująca podróż poprzez pytania, nad którymi zastanawia się autor. Porusza on ciekawe tematy, takie jak topnienie lodowców, możliwość, że na ziemi zabraknie wody, teorię, że gdzieś tam istnieje podobny gatunek do naszego homo sapiens.
Bardzo podoba mi się motyw z delfinami. Świadomość tego, że są one drugim gatunkiem na świecie, zaraz po człowieku, posiadającym inteligencję, a nawet zdolność do uczuć jest niezwykle fascynująca, aż ma się ochotę jechać do najbliższego oceanarium w poszukiwaniu potwierdzenia tych rewelacji. Dirk i Sally to fascynujące i przemiłe stworzonka, niezwykle ufne, bardzo mądre i zabawne. Powiedziałabym, że są totalną ozdobą całej historii.

Ostatnie sto stron to już jest totalna jazda bez trzymanki, kończy się urocza sielanka, a rozpoczyna się prawdziwa, pełna napięcia akcja, gdzie giną ludzie, pojawiają się nuklearne bomby, a nasi bohaterowie zostają poddani niezłej próbie. Autor nie waha się rzucać im kłód pod nogi, więc obgryzanie paznokci przy czytaniu tej powieści można absolutnie wybaczyć.

Ja, totalnie zakochana w obyczajówkach i historiach o miłości nie sądziłam, że tak bardzo pochłonie mnie lektura ‘Przełomu’. Jednak chciałam się sprawdzić, zobaczyć, czy są na tym świecie inne tematy, które mogłyby mnie zafascynować. I to była bardzo dobra decyzja. ‘Przełom’ to świetny, trzymający w napięciu thriller, z bardzo dobrze zasrysowanymi bohaterami, wciągającą akcją i odkryciem, które zwala z nóg. 

za egzemplarz do recenzji oraz możliwość patronatu dziękuję Wydawnictwu Niezwykłemu 



środa, 31 stycznia 2018

ADAM FABER - KRONIKI JAARU


MAGICZNY ŚWIAT: KRONIKI JAARU



Seria: Kroniki Jaaru 
                                                                                                                                                                                                                                                                                                           Tytuł:Księga Luster / Czarny Amulet
Autor: Adam Faber
Wydawnictwo: Czwarta Strona
MOJA OCENA: 8/10 ********


Tęsknicie za Szkołą Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie? Chcielibyście wyruszyć na kolejną wyprawę z Percym Jacksonem, ale jak na złość nie ma nowej książki? Lubicie wiedźmy, tajemnice, magiczne atrybuty, albo krainy, które nie są dostępne dla zwykłego oka?
Nasi rodzice mieli Nie kończącą się historię, my, pokolenie lat dziewięćdziesiątych Harry’ego Pottera, a najmłodsi poznają losy tajemniczej krainy zwanej Jaar.

Kate Hallander to zwykła nastolatka, mieszkająca w Londynie. Na wskutek kilku zdarzeń zostaje dosłownie przyciągnięta do sklepu z magicznymi rzeczami, gdzie w jej ręce wpada Księga Luster, pełna czarów i uroków. Kate dowiaduje się, że jest czarownicą i ma moc. Nie jest za bardzo ufna, jej zdolności również wołają o pomstę do nieba i można powiedzieć, że jest trochę taką niefortunną początkującą czarownicą. Z jakiegoś jednak powodu zostaje wybrana, a z jej ciałem dzieje się coś, co początkuje pewien konflikt interesów, a Kate staje się celem tych złych mocy, które czyhają za rogiem. Wraz z przyjaciółmi staje przed kilkoma wyzwaniami, a ich powodzenie nie zależy tylko i wyłącznie od rozwoju mocy, ale także od siły przyjaźni.



‘Kroniki Jaaru’ to powieści pisane z myślą o młodszych czytelnikach, choć poważniejsze niż na przykład Akademia Pana Kleksa, gdzie też mamy szkołę magii, kolorowe szkiełka i wesołego dyrektora, który lubi eksperymenty. ‘Księga Luster’ to debiutancka powieść Adama Fabera i jednocześnie wprowadzenie do całej serii książek osadzonych właśnie w świecie magicznego Jaaru. Pierwszy tom to zaledwie zalążek historii pełnej magicznych ferów, gadających jednorożców, magicznych kamieni i mioteł. Mamy tutaj klasyczną walkę dobra ze złem z dość mocno nakreśloną granicą.

Adam Faber w ciekawy sposób buduje akcję swojej historii, jednakże porównywanie tych książek do Harry’ego Pottera jest bardzo krzywdzące dla obu stron. Ani to dobre porównanie ani dobra reklama. Okej, jest kilka wątków, które wręcz krzyczą ‘Harry Potter tu był’, ale w gruncie rzeczy Kroniki Jaaru naprawdę miło się czyta i wciągają swoim światem. Ostatnio też zostałam zapytana, czy pasują jako książki dla jedenastoletniego chłopca. Według mnie tak, ponieważ czcionka jest spora, cały czas coś się dzieje, język jest miły dla oka, pozbawiony przekleństw czy brutalniejszych scen. Jest kilka momentów, gdzie serduszko może mocniej zabić, ale dla młodszego czytelnika może to być nie lada gratka. Bajkowe opisy, ciekawe postaci i tematy przyjaźni i miłości to główne atuty tej serii.


Drugi tom jest już nieco inny. Widać to w wykreowanym świecie, który stopniowo się rozrasta. Poznajemy nowe tajniki magii, o wiele więcej stworzeń, Jaar jest trochę    poważniejszy. Jest tu fajnie skonstruowana intryga, autor chętnie bawi się w kotka i myszkę i tym razem ta zła postać wcale nie jest taka podana na tacy. I to jest niesamowite, że czas akcji pomiędzy dwoma tomami to tylko dwa miesiące, a ma się wrażenie, że wszystko jest tu zupełnie inne, powiedziałabym poważniejsze. Bardzo podoba mi się narracja, i tu drugi tom wymiata, bo patrzymy na akcję nie tylko oczami Kate, ale także innych bohaterów. Nagle okazuje się, że ktoś kto był w pierwszym tomie zaledwie wspomniany, gra dużą rolę w tomie drugim.

Dzięki bogatej wyobraźni, wielu odniesień do mitologii, świat Jaaru pochłania na tyle, że traci się kontakt z rzeczywistością. Adam Faber naprawdę musi być zafascynowany magią i mitologią, bo widać, że spędził wiele godzin na czytaniu, poszukiwaniu i odkrywaniu. Kate musi znaleźć nie tylko swoją moc, ale także swoje własne ja. Jej rola jest istotna w całej fabule, więc ciekawie patrzy się na zmiany jakie w niej zachodzą, oraz na to jak uczy się panować nad mocami i dobrze je wykorzystywać.

Postaci, które polubiłam jest kilka, między innymi właśnie Fion, fer, którego losy są bardzo mocno powiązane z losami Kate. Jest zabawny, wesoły i sarkastyczny, a to są cechy, które ja cenię w literaturze. To sprawia, że kilka razy można się uśmiechnąć przez głupi dowcip Fiona, albo jakiś jego cyniczny tekst.

Nie znam nikogo, kto chociaż przez chwilę nie marzył by posiadać jakąś magiczną moc. Dlatego też warto sięgnąć po Kroniki Jaaru, bo jest to historia, z której magia wylewa się grubymi wiadrami. Magiczne jest nawet to jak świetnie czyta się tę powieść, tę historię, chociaż ja już ewidentnie jestem za stara na tego typu literaturę. I to jak kończy się drugi tom, pozostawia taki smaczek na tom trzeci, który ukaże się już w lutym. I naprawdę nie wierzę w to co mówię i nie spodziewałam się tego, ale naprawdę chcę wiedzieć, co wydarzy się dalej.


za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona



czwartek, 11 stycznia 2018

Kryminalne Zagadki: Andreas Gruber - 48



KRYMINALNE ZAGADKI: '48' ANDREAS GRUBER


Tytuł: 48
Autor: Andreas Gruber
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
MOJA OCENA: 7/10 *******

       ‘Jeżeli w ciągu czterdziestu ośmiu godzin nie zgadniesz, dlaczego uprowadziłem tę kobietę, zostanie ona przy życiu. W przeciwnym razie – zginie’

       Gdy zobaczyłam w zapowiedziach okładkę ‘48’ od razu wiedziałam, że prędzej czy później po nią sięgnę. Od dawna jestem fanką thrillerów psychologicznych. Zaburzenia w nich opisane często przyprawiają mnie o zawroty głowy, kiedy uświadamiam sobie jak krucha jest ludzka psychika. Często wystarczy jakiś drobny epizod, zły rodzic, gnębienie w szkole, by zakiełkowało ziarenko, które kiedyś przerodzi się w potwora.

       W ‘48’ poznajemy młodą policjantkę Sabine Nemez, która wraz z ekipą rusza do katedry, by rozwikłać zagadkę morderstwa, które tam zostało dokonane. Na miejscu okazuje się, że oprawca miał naprawdę niezłą wyobraźnię, a ofiarą jest matka Sabine uduszona przez atrament wlany do płuc. Szybko okazuje się, że to nie jedyna ofiara, a odkrycie schematu i motywu zbrodni naprawdę graniczy z cudem. Równocześnie do pewnej innej kobiety, Helen przychodzi tajemnicza przesyłka, w której odnajduje odcięty palec. Za chwilę dzwoni telefon. Ktoś po drugiej stronie zadaje jej zagadkę: kogo uprowadziłem i dlaczego. Helen ma 48 godzin na znalezienie odpowiedzi, w przeciwnym razie ofiara zginie. Wszystkie te wydarzenia wkrótce zbiegną się w jedno, a rozwiązanie wstrząśnie nie tylko każdą z postaci ale także czytelnikiem.

       Ja nie twierdzę, że kobiety nie potrafią napisać tego typu powieści, ale Andreas Gruber udowadnia, że mężczyźni zdecydowanie są bardziej zimni i lubią siać grozę. Krew będzie się więc lała, makabryczne sceny przyprawią o zawrót głowy, a wyobraźnia oprawcy tak jak mówię sięga naprawdę bardzo bardzo daleko. Fabuła jest dopracowana. Widać, że autor miał pomysł i konsekwentnie według niego podążał. Żadna z postaci nie jest tu przypadkowa, książka ani na chwilę nie zwalnia, jednym zdaniem mamy tu wszystko, czego potrzeba by zbudować dobry thriller, który będzie trzymał aż do ostatniej strony.

       Nie mówię też, że ta książka nie ma wad, bo do kilku rzeczy mogłabym się przyczepić – na przykład główna bohaterka, która niby nie irytuje ale jej poziom inteligencji czasami jest naprawdę chwiejny. Jest policjantką, więc powinna myśleć logicznie i trzeźwo, czasami jej to nie wychodzi. Ale może taki był zamysł autora, w końcu powieści będą cztery, więc być może rozwinie on tę postać. Kilka razy spotkałam się też ze schematami znanymi mi z innych powieści grozy, a Gruber nie jest też mistrzem opisów. Szczególnie opisy miejsc traktuje po macoszemu, ale ma to też swoje plusy, bo w ten sposób akcja ma zdecydowanie lepsze tempo. Natomiast jeśli chodzi o sceny, gdzie obcina postaciom kciuki no to już zdecydowanie wie co robi.

       Od początku czułam inspiracje autora, Kodem Leonarda da Vinci, gdyż pierwsza ofiara zostaje znaleziona w murach katedry przy dźwiękach organ, a także Millenium, szczególnie pierwszą częścią, której tytuł ‘Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet’ idealnie pasuje do treści ‘48’.

       Co prawda autor sugeruje, że to Sabine Nemez od której zaczyna się ta historia może być głównym epicentrum i być główną postacią, ale w którymś momencie pojawia się Sneider, który jest taką cyniczną i sarkastyczną postacią w stylu doktora House’a, i wiemy już że losy tej dwójki nie splotły się przypadkiem. Oni oboje grają w tej powieści pierwsze skrzypce i są tak od siebie różni, że to iż potrafią się w jakiś sposób dogadać to naprawdę istny cud. Wraz z kolejnymi rozdziałami gdzie okazuje się, że narracja prowadzona jest z różnych perspektyw dowiadujemy się czegoś o innych bohaterach, których wątki przeplatają się między sobą. Akcja książki głównie toczy się w Wiedniu, ale mamy także przebłyski z niemieckiego Monachium.

       Od początku też czujemy kto może stać za tymi morderstwami i zdaje się, że wszyscy którzy biorą udział w śledztwie też wiedzą. Więc autor zamiast klasycznego poszukiwania mordercy, podaje nam go na tacy bardzo wcześnie, ale za to skupia się na całej psychologii i motywach które kierowały tą osobą. Krok po kroku poznajemy smutne epizody życia, które po kolei ukształtowały osobowość oprawcy, wzbudzając w czytelniku nie tyle przerażenie co współczucie. I tu też się zastanawiam, czy rozwiązanie to jakaś osobista obiekcja autora, czy po prostu jego obserwacje świata sprawiły, że znalazł właśnie taki temat.

       ‘48’ to pierwsza z czterech powieści z serii o Sabine Nemez oraz …. I tylko mogę powiedzieć, że nie mogę doczekać się kolejnej sprawy, którą będą musieli rozwikłać. Andreas Gruber wie jak wzbudzić ciekawość, grozę, napięcie a także adrenalinę, bo te tytułowe ‘48’ godzin naprawdę może przywołać palpitację serca. Świadomość, że Sabine i ekipa mają nad sobą tykający zegar tylko pobudza wyobraźnię, a kolejne kartki przewracamy z prędkością światła. To też kolejna świetna powieść od Wydawnictwa Papierowy Księżyc, które widzę, że lubuje się w debiutach, bo ‘48’ to także pierwszy literacki występ autora. Dowodzi to także tezie, że nie tylko duże nazwiska są w stanie napisać świetną książkę, której lektura jest naprawdę miodem dla oczu. Nie mówię oczywiście, że dobry thriller to dobry relaks, ale kilka godzin naprawdę przedniej zabawy, gdzie krew porządnie się leje, a kilka policyjnych pościgów to tylko wisienka na torcie.

       Jeżeli lubicie literaturę grozy to ta pozycja jest w sam raz dla was. Nawet jeżeli jesteście stałymi bywalcami w tym temacie. 

za egzemplarz do recenzji dziękuję:


piątek, 5 stycznia 2018

Małgorzata Kalicińska - Trzymaj się, Mańka!


NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO NA SPEŁNIANIE MARZEŃ!



Tytuł: Trzymaj się, Mańka!
Autor: Małgorzata Kalicińska
Wydawnictwo: Burda Książki
MOJA OCENA: 8/10 ********

       Trzymając się postanowienia, że chcę poznawać jak najwięcej polskich autorów, w moje ręce wpadła powieść Małgorzaty Kalicińskiej pt. ,Trzymaj się, Mańka’. Ukazała się ona 27 września nakładem Wydawnictwa Burda, któremu serdecznie dziękuję za podesłanie książki do recenzji. ‘Trzymaj się, Mańka’ to kontynuacja ‘Lilki’, której niestety nie czytałam, ale bez problemu połapałam się w tym co i jak. Co prawda ja nastolatką już nie jestem, ale dojrzałą kobietą także. Jestem gdzieś pomiędzy tymi dwoma pojęciami, patrząc w przyszłość z podniesioną głową. Dlaczego więc zainteresowała mnie ta powieść? Żeby udowodnić sobie, że jeszcze nie jestem stara. Że mam czas, że choć bardzo się zmieniłam, pewne rzeczy jeszcze mogę zrobić. I wiecie co? Mańka to był strzał w dziesiątkę!

       Mańka to żywiołowa, wesoła babka 40+, która ma w głowie pełno życiowych anegdotek. Niestety przez śmierć swojej ukochanej siostry trochę przyblakła, ucichła i można by powiedzieć zakotwiczyła się w jakimś dziwnym życiowym impasie. Wszystko wokół niej jakby tętni życiem: ojciec znajduje sobie Anulkę, która staje się kimś więcej niż opiekunką poczciwego starca, a Mańka zwyczajnie jest o to zazdrosna. Na dodatek zalewa jej mieszkanie i wszystkie oszczędności pakuje w remont. W międzyczasie klika także z dawno poznanym niejakim Antonim, który wyniósł się z Polski do Korei, dlatego że tutaj dla niego, jako stoczniowca nie było pracy. I tak jakoś się złożyło, że Antek proponuje Mańce wizytę u siebie. I to mnie najbardziej zadziwiło: Mańka pakuje manatki i wyjeżdża, żeby na nowo móc odetchnąć. Oczywiście czeka ją po drodze dużo przygód, a my poznajemy ją od każdej strony: jej poglądy, życiowe anegdotki, jej spojrzenie na świat.

       Często spotykamy się ze stwierdzeniem, że jesteśmy na coś za starzy. Że gdy już przychodzi ta menopauza to na nic już nie zasługujemy. Mańka co chwilę udowadnia nam, że jest zupełnie odwrotnie. Jej przygody to oddech drugiej młodości, dowód, że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń, na podróżowanie, na poznanie nowej miłości. Tak samo Antek: niby pan już w okolicach pięćdziesiątki, ale kurczę, jest tak świetną postacią, że sama umówiłabym się z nim na kawę.

       ‘Trzymaj się, Mańka’ to powieść obyczajowa z gatunku tych, co dobrze się je czyta gdy na dworze mróz i plucha. Kubek gorącej herbaty, czy co tam wolicie, koc i Mańka to serio dobry pomysł na idealne popołudnie. Trzymając tę książkę w rękach niejednokrotnie śmiałam się, by potem na chwilę zatrzymać się i zastanowić nad tym, co właśnie przeczytałam. Biorąc pod uwagę, że autorka Małgorzata Kalicińska jest już babcią, sugeruje, że jest to pióro dojrzałej kobiety, która niejedno w życiu widziała. Styl jest lekki, pełen fajnych neologizmów, analogi  i przeróżnych skojarzeń, np. opisów typu ‘chcę coś sensownego powiedzieć, ale w moim mózgu wieje wiatr’, książka jest ciepła, niesamowicie przy tym kojąca. ‘Trzymaj się, Mańka!’ to pięknie napisana powieść, niezwykle dojrzała, taka powiedziałabym z dystansem do otaczającego nas świata. Znajdziemy tu wiele ciekawych wątków takich oczywiście jak miłość, przyjaźń, emigracja, czy pisania maili, które odgrywają w powieści bardzo dużą rolę. Same opisy Korei są niezwykle plastyczne i dokładne jakby sama autorka tam była i to wszystko czuła i widziała. Niektóre opisy sprawiły, że miałam wrażenie iż sama tam jestem i oddycham tym ciężkim powietrzem.

       Jedyne, co mogę zarzucić tej książce, to to, że jest niesamowicie długa. Wydaje mi się, że pewne rzeczy można by było wyrzucić i konstrukcja miałaby fajniejsze tempo i czasami nie wiałoby nudą. Bo tak, liczne opisy serwowanych dań, Mańka jest doprawdy świetną kucharką, która nawet opisuje nam jak zrobić gołąbki, czy opisy podróży przedłużały mi się i czasami miałam je ochotę pominąć. Książka ma pięćset stron, jest to powieść obyczajowa więc w niektórych momentach najzwyczajniej się dłuży i nie ratują tego nawet najbardziej barwne postaci, które w oczach Mańki są czymś więcej niż ludźmi z krwi i kości, których spotykamy na co dzień.  

       Książka jest na pewno inna od tych, które zazwyczaj czytam, dlatego jest dla mnie zaskoczeniem. Niestety nie czytałam innych książek Małgorzaty Kalicińskiej a to doprawdy wstyd, gdyż seria ‘Nad Rozlewiskiem’ doczekała się także ekranizacji. Ale nic straconego, wszystko idzie nadrobić. Bardzo też podoba mi się imię głównej bohaterki, niezwykle niespotykane, a musicie wiedzieć, że tak ma na imię moja babcia, dlatego też zdecydowałam się właśnie na przeczytanie ‘Mańki’. Pomimo tej wady, że książka jest deczko przydługa chętnie sięgnę po inne powieści tej autorki.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Burda. 

piątek, 22 grudnia 2017

Jak Feniks z popiołów... Martyna Senator - Z Popiołów [recenzja]


'JAK FENIKS Z POPIOŁÓW'


Tytuł: Z popiołów
Autor: Martyna Senator
Wydawnictwo: Czwarta Strona
MOJA OCENA: 9/10 *********

       Jesteśmy ludźmi. Oprócz zmartwień, zwykłych szkolnych czy codziennych spraw dźwigamy także coś więcej. Tajemnice. Chowamy je głęboko, staramy się zapomnieć albo wyciszyć. Nie chcemy o nich rozmawiać. To może być jakaś historia, drobny epizod z życia, coś, z czego nie jesteśmy dumni, nieszczęśliwe zrządzenie losu. Nie chcemy by ludzie dowiedzieli się jak bardzo zadrwił z nas los, jak zostaliśmy wystawieni do wiatru, często chcieliśmy dobrze a wyszło tak jakbyśmy byli najbardziej naiwnymi osobami na świecie. Tajemnice. Każdy je ma.

       Sara jest studentką. Zostawiając swoich dziwnych rodziców w Szczecinie przeniosła się do Krakowa, byle najdalej. Tam wynajmuje mieszkanie z ekscentryczną i wiecznie optymistyczną Kaśką, do której chętnie poszłabym na obiad. Sara jest skryta, tajemnicza, ostrożna. Nie za dużo mówi o sobie. Poświęca się nauce, jej życie jest stabilne, ona sama stara się żyć tak, by nic jej nie zraniło. Sara bowiem skrywa pewną tajemnicę, która odcisnęła piętno na jej duszy. Dziewczyna zamyka te wydarzenia głęboko w sobie i nie pozwala im by ujrzały światło dzienne. Zrządzeniem losu poznaje Michała, który dosłownie niczym rycerz w lśniącej zbroi wybawia ją z kłopotów. Okazuje się, że ci dwoje mogą mieć ze sobą o wiele więcej wspólnego niż z początku się wydawało. Dwie zranione dusze, dwie tajemnice, jeden cel: zburzyć mur. Czy im się uda?

       ‘Z popiołów’ to moje pierwsze spotkanie z twórczością Martyny Senator i miałam chęć na tę książkę już od KTK 2017. Wtedy jednak skopałam temat, bo gdy zdecydowałam się już w końcu kupić tę książkę na stoisku Czwartej Strony, okazało się, że wszystkie zostały wykupione. Dwa tygodnie później jednak już trzymałam tę książkę w dłoniach, bo mój ukochany postanowił mi ją sprezentować. Wiecie, przede wszystkim zainteresował mnie temat książki. Bo nawet jeżeli dźwigamy w sobie różne tajemnice, to nie każdy z nas jest w stanie ruszyć dalej i żyć tak, jakby te powiedzmy, przykre wydarzenia nigdy nie miały miejsca.

       Dlatego też od początku poczułam emocjonalną więź z Sarą. Oczywiście już sam prolog sugeruje nam, że wydarzyło się coś złego, ale na rozwiązanie tego wszystkiego będziemy musieli poczekać aż Sara będzie gotowa, by nam opowiedzieć co właściwie się stało. Dlatego też jej postać jest mi szczególnie bliska, od pierwszej chwili wiedziałam, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Sam styl, w jakim napisana jest ta powieść sprawia, że czujemy jakiś taki ból w sobie, ale doskonale wiemy, że na końcu ciemnego tunelu jest światełko.

       Michał jest trochę wyidealizowany. Ten chłopak serio nie ma wad, jest cierpliwy, jego potok myślowy szczególnie ten kręcący się wokół Sary czasami wydaje mi się delikatnie przegięty. Nieautentyczny. Ja nie wiem, czy faceci serio tak siadają i analizują. To jest raczej domena kobiet, że czasami zwykłe ‘cześć’ rozkładamy na części pierwsze i analizujemy godzinami. Może faktycznie chłopak jest wrażliwy. Sądząc po tym, co sam przeszedł rzeczywiście może tak być, że Sara po prostu z miejsca go zauroczyła.

       W sumie to mu się nie dziwię, bo sama zawsze chciałam chłopaka z gitarą (i tak, znalazłam takiego!), a w tej książce jest wpleciony wątek muzyczny. Klucz wiolinowy na grzbiecie nie znalazł się tam przypadkiem! I ten wątek serio bardzo mi się podoba. Sara gra na gitarze, sama pisze i komponuje, więc to jest kolejna rzecz, która nas łączy! Kilka moich piosenek ukazało się na YouTube, jeżeli macie ochotę to proszę posłuchajcie. Sara niczym Taylor Swift wylewa na papier swoje emocje, ból, to jej sposób na reagowanie na pewne rzeczy, osoby. To jest jej sposób na to, by wyrzucić z siebie potok myśli. Zamienia je w teksty piosenek. I tak się też dzieje, że ma okazję je zaśpiewać na żywo. I te momenty sprawiły, że bardzo chciałam znaleźć się w tym pubie, w którym pracuje Michał i ich posłuchać. Czuję, że byłoby to dla mnie niezwykłe doświadczenie i niezapomniany wieczór.

       ‘Z popiołów’ ma swój własny styl. Nie czytałam innych książek tej autorki, ale zerkając na opisy wiem, że na pewno by mnie zainteresowały. Ta książka jest dla mnie takim troszkę dłuższym opowiadaniem, bo czyta się bardzo szybko, nie mamy jakichś bardzo rozwleczonych opisów, powiedziałabym że wszystko jest tak treściwie, krótko i na temat. Mimo to bardzo polubiłam dwie postaci drugoplanowe, czyli już wspomnianą Kaśkę, która jest moim totalnym przeciwieństwem i podczas gdy ja wszystko w kuchni dosłownie palę, ona z każdego dania potrafi zrobić dzieło sztuki. Świetną postacią jest także babcia Sary, która jest takim trochę Dumbledorem, zawsze wiedzącą co powiedzieć, a jej rady zawsze świecą niezwykłą mądrością.

       To wszystko składa się na naprawdę miłą opowieść, z której możemy wynieść jakąś lekcję. Jest niejako hołdem dla osób prześladowanych i to naprawdę niesamowicie mnie urzekło. Fajnie, że jest to pierwsza część serii i kolejne już niedługo ukażą się nakładem wydawnictwa Czwarta Strona. Naprawdę jestem ich ogromnie ciekawa i nie mogę się doczekać aż się ukażą.

za egzemplarz do recenzji dziękuję:

WE NEED YA, oraz CZWARTA STRONA