wtorek, 19 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: Corinne Michaels - CONSOLATION






Tytuł: CONSOLATION
Autor: Corinne Michaels
Wydawnictwo: Wydawnictwo Szósty Zmysł
PREMIERA: 11.10.2017
Ocena CathVanDerMorgan: 9/10


CONSOLATION (ang. Pocieszenie)

       Consolation to historia młodej kobiety – niespełna 27 letniej, która w najpiękniejszym okresie swojego życia zostaje wdową, a także matką. Aaron był dla niej całym światem, mężem jakiego każda kobieta mogłaby sobie tylko wymarzyć. Gdy ginie, serce Natalie rozpada się na milion kawałeczków. W smutku cieszy się narodzinami córki. Zdaje się, że jej życie stanęło w miejscu, jednakże los daje jej kolejny prezent – pocieszenie w postaci mężczyzny, który zawsze był w jej życiu. Czy Natalie pozwoli mu posklejać swój świat?

       Jest to historia, która już od pierwszych zdań rozdarła moje serce na pół. Corinne Michaels nawet nas na to nie przygotowuje, tylko od razu rzuca na głęboką wodę. I nawet lekkość jej pióra nie jest w stanie zamortyzować bólu jaki spada zarówno na główną bohaterkę, jak i na czytelnika. Nie mogę sobie wyobrazić, jakby to było stracić ukochaną osobę, dlatego przeżywałam żałobę równie intensywnie, co Natalie, ponieważ autorka postawiła przede mną sytuację, której nigdy nie chciałabym przechodzić. Natalie jest młodą kobietą, wykształconą, pełną życia i przede wszystkim silną. Mąż był dla niej całym światem, byli ze sobą już od czasów liceum, więc była to więź niesamowicie głęboka. Bycie komandosem nie było łatwe dla żadnego z nich, częste misje i wyjazdy pogłębiały strach, aż wreszcie pewnego dnia nadeszło najgorsze. Ich nienarodzona córeczka, o którą tak długo się starali miała nigdy nie poznać swojego ojca. Już to zdanie sprawia, że moje serce znów rozdziera się na pół.

       Ach, cóż to były za emocje. Nie powiem, że to historia piękna, bajkowa i kolorowa. Oczywiście, że ma swoje wady. Oczywiście, że momentami się dłuży. Oczywiście, że momentami irytuje, szczególnie, gdy orientujesz się, że Natalie cierpi na syndrom Belli ze Zmierzchu i każdy chce jej pomagać i wszyscy wokół są tacy dobrzy dla niej. Obserwujemy jej przemianę przez rok życia, podziwiając jej siłę i determinację. Trzymamy kciuki, gdy na scenie pojawia się Liam (nie wiem, dlaczego ale wyobrażałam sobie cały czas Liama z One Direction! No nie mogłam się pozbyć jego twarzy z głowy), tak trzymamy kciuki bo od pierwszej chwili czujemy, że między nimi coś się święci. Dzięki temu niekiedy w pierwszoosobową narrację od strony Natalie pakują nam się myśli Liama, więc tak jakby wszystko układa się w całość. Znamy uczucia ich obojga, co jeszcze podkręca atmosferę.

       Miejscami ta historia przypominała mi tę z filmu ‘Pearl Harbor’, gdzie główna bohaterka straciła swojego ukochanego i próbując pogodzić się ze smutkiem i żałobą zbliża się i zakochuje z wzajemnością w najlepszym przyjacielu poległego. I to mi właśnie uświadomiło, że powinnam podrzucić tę książkę mamie :D a jak ja coś podrzucam mamie, to znaczy, że jest to godne uwagi.

       I muszę przyznać się bez bicia, że na moment straciłam czujność. Straciłam czujność i ostatnia strona dosłownie zwaliła mnie z nóg. Tak się nie kończy książek pani Michaels! I co ja teraz zrobię ze swoim życiem? Premiera drugiej części dopiero w grudniu, a ten cliffhanger zafundował mi niezłego kopniaka. Zupełnie się nie spodziewałam takiego zakończenia i śmiałam się sama z siebie. Dałam się wrobić w jajo, a więc tym bardziej muszę wam polecić tę książkę.

       Jeśli macie już dość historii miłosnych dziejących się w college, na studiach, czy na wakacjach to sięgnijcie po ‘Consolation’. Nasi bohaterowie są już starsi, mają na swoich plecach bagaż innych doświadczeń a mimo wszystko pewne rzeczy wciąż są dla nich nowe. Momentami się wzruszycie, momentami będziecie się śmiać, czasem pewnie też zaklniecie. Jest to historia, która budzi w sercu nadzieję i trzyma w swoich szponach aż do ostatniego słowa. Niesie ze sobą pocieszenie, że czasem nawet gdy mamy wrażenie że wszystko stracone, gdzieś tam na horyzoncie pojawia się maleńki promyczek światła. Musimy tylko wtedy sięgnąć i pozwolić mu urosnąć.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł:








RECENZJA: Annika Sharma - Żona mimo woli



Tytuł: Żona mimo woli
Autor: Annika Sharma
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
PREMIERA: 08.08.3017
Ocena CathVanDerMorgan: 7/10


Nithja to poukładana dziewczyna, z dobrej rodziny, która z dumą kontempluje hinduskie zwyczaje pomimo tego, że w poszukiwaniu za chlebem wyruszyli do Ameryki. Nawet żyjąc w Pensylwanii przestrzegają odpowiednich zasad, które przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Nasza główna bohaterka ma dwadzieścia jeden lat, jej największym marzeniem jest zostać lekarzem, dlatego w pocie czoła haruje by mieć jak najlepsze stopnie. Zdaje się, że wszystko ma poukładane do momentu, gdy na ostatnim roku z college poznaje Jamesa, cudownego mężczyznę o zielonych oczach, który niczym rycerz ratując damę z opresji wkracza w jej życie z mocnym przytupem. Od tej pory Nithja staje przed nie lada wyborem, wszystko, co do tej pory znała i czym się kierowała ulega zachwianiu. Czy dla Jamesa będzie gotowa zrezygnować z własnej rodziny?

Na początku powiem, że spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego. Sądziłam, że w tej lekkiej obyczajowej powieści spotkam coś więcej, może jakąś nutę dramatu, albo coś w tym stylu – będąc młodą dziewczyną przeczytałam ‘Spaloną żywcem’ i tak jakoś Indie nie kojarzą mi się ze zbyt szczęśliwymi klimatami. Tutaj natomiast mamy spokojną historię opowiadaną z perspektywy młodziutkiej jeszcze dziewczyny, która powiedzmy dopiero zaczyna żyć pełną piersią. Wszystko, co do tej pory uznawała za główne wartości życia zostaje niebezpiecznie zachwiane bowiem jej rodzina żyje w świecie aranżowanych małżeństw, które zawierane są ze względu na dobrobyt a nie na miłość. Nithja zostaje przez swoje życie wystawiona na próbę, która przypominała mi bardzo historię Pocahontas. Musicie wiedzieć, że Pocahontas to moja ulubiona disnejowska animacja, chyba jedyna, która nie kończy się bezpośrednim happy Endem. Zarówno tu, jak i w mojej ukochanej bajcie mamy zderzenie dwóch róznych kultur, gdzie los drwiącym śmiechem decyduje za nas. Obie te kobiety mają ze sobą wiele wspólnego, ponieważ od ich obu oczekuje się między innymi podporządkowania do zasad i reguł obowiązujących w ich świecie. Obie także wychodzą poza nawias, podążając za głosem serca. I obie, ciemnoskóre, zakochują się w białym mężczyźnie.

‘Żona mimo woli’ to powolne rozważanie i balansowanie pomiędzy kontrastami ukazanymi przez autorkę. Mamy dwie rodziny tak bardzo różne od siebie, a jednocześnie podobne. Rodzina Nithji to przede wszystkim miłość, bezinteresowność i ogromne wsparcie. Wydają się być niesamowicie szczęśliwi tylko (albo aż) dlatego że mają siebie nawzajem. Na kartach tej powieści poznajemy zarys hinduskiej kultury, a więc będziemy uczestniczyć w typowym weselu, gdzie nowożeńców wybiera rodzina, a sami zainteresowani poznają się dopiero podczas ceremonii zaślubin. Nieraz założymy suri, a także zjemy ziemniaczane curry. Towarzyszymy głownej bohaterce, gdy jej życie w tak krótkim czasie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, kibicujemy jej, w powolnym tempie zmierzając do końca powieści. Tak jak mówię, to nie jest to, czego się spodziewałam, miałam nadzieję chociażby na jakieś spektakularne dramatyczne zakończenie, nie wiem, spadającą bombę albo coś, ale po zamknięciu tej książki doszłam do wniosku, że chyba nie o to tutaj chodziło. Miejscami ta powieść się wlecze i przypomina operę mydlaną w stylu Wspaniałego Stulecia – kręcimy się w kółko – college, dom, college, dom – chwilami akcja przyspiesza, wtedy mamy nadzieje na jakieś wielkie bum, ale zostajemy wyprowadzeni w pole. Tak samo właśnie zakończenie, niby coś sugerujące ale nadal otwarte, tak jakbyśmy my sami mieli zadecydować czy iść za tym co mówi nam głosik w głowie, czy może podążyć za głosem serca. Muszę też pomarudzić na główną bohaterkę, która czasami naprawdę mocno mnie irytowała aż miałam nią ochotę potrząsnąć. Innym razem biłam jej brawo dlatego, że pomimo wszelkich pokus pozostała wierna swoim zasadom i nie dała się wykoleić ze swojego własnego ja.


Powieść sama w sobie jest lekka, ot na jeden wolny wieczór, taka na jeden raz. Próżno tu szukać zawiłej akcji, zagadek do rozwiązania czy jakiejś antyutopijnej apokalipsy. Dostajemy spokojną opowieść w klimacie New Adult o potędze uczucia, które może wszystko. Potem ewentualnie ma się ochotę na gorącą czekoladę i jakiś bollywodzki film. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:

wtorek, 26 kwietnia 2016

PRZEDPREMIEROWO: 'Obce Dziecko' - Rachel Abbott


Tytuł: Obce Dziecko
Autor: Rachel Abbott
Wydawnictwo: FILIA 
PREMIERA: 27.04.2016
Ocena CathVanDerMorgan: 8/10

       Emma i David Josephowie to niesamowicie zgrane, spokojne małżeństwo. Można powiedzieć takie typowo podręcznikowe, bez żadnych problemów, na zasadzie wzajemnego wsparcia i partnerstwa. Mają małego synka Olliego, który jest ich oczkiem w głowie, jest zewsząd otoczony miłością rodziców. Oboje jednak mają za sobą czarną przeszłość - Emma czuje się odpowiedzialna za samobójstwo popełnione przez jej byłego narzeczonego, David sześć lat wcześniej w wypadku samochodowym stracił żonę, a jego sześcioletnia córeczka Natasha zaginęła bez śladu. Zmęczeni wyrzutami sumienia, jak to zazwyczaj bywa, odbudowali swoje życie na nowo. Jednakże w życiu Josephów przeszłość odbija się potężną czkawką, bo oto na progu ich domku pojawia się trzynastoletnia dziewczynka, podająca się za Natashę. I tutaj pojawia się mnóstwo pytań: co się stało w noc wypadku, gdzie była przez ostatnie sześć lat, a przede wszystkim czy naprawdę jest tą za którą się podaje?

       Najmocniejszą stroną powieści jest akcja, która wciąga już od pierwszej strony. Od samego prologu, gdzie jesteśmy świadkami wypadku wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, nie ma czasu na nudę, autorka ani przez chwilę nie przeciąga na siłę fabuły. Przeczytałam tę książkę w błyskawicznym tempie, często żałując, że muszę wypełniać swoje codzienne obowiązki. 

       Od początku do końca towarzyszyła mi różna paleta uczuć, od dezorientacji - szczególnie na samym początku, gdzie próbujemy rozwikłać co tak naprawdę jest grane, przez strach, napięcie, a przede wszystkim chyba bezradność. Bo w tym najgorszym momencie, gdy mały Ollie zostaje porwany, tracimy resztki nadziei, że to wszystko to może jeden wielki szalony żart. 

       Podoba mi się, jak książka jest zbudowana, przede wszystkim narracyjnie. Nie mamy tutaj standardowej narracji pierwszoosobowej, ale genialnie poprowadzoną trzecioosobówkę, z podziałem na rozdziały, które poznajemy z perspektywy kolejnych postaci. Dzięki temu poznajemy pracę policji, w tym detektywa Toma Douglasa, a także świata przestępczego, który w bardzo zaskakujący sposób obrazuje autorka. Naprawdę nie jesteśmy sobie wyobrazić jak dobrze zsynchronizowane są grupy przestępcze! Autorka zabiera nas w swoją podróż pamiętając, by za każdym zakrętem dorzucić jeszcze szczyptę czegoś, jakąś sensację, która nie pozwoli nam się oderwać od tej pełnej szczegółów układanki dopóty, dopóki nie poznamy historii w całości. Z każdym rozdziałem pojawia się coraz więcej wątpliwości, pytań bez odpowiedzi a nasi bohaterowie wielokrotnie są wystawiani na próbę. I tutaj też wielkie brawa, ponieważ pomimo jednoznacznego podziału na postaci czarne i białe wraz z biegiem akcji uświadamiamy sobie, że nie wszystkim można ufać, że nie każdy jest tym, za kogo się podaje. 

       Sama intryga jest tak fajnie skonstruowana, że za każdym razem, gdy myślałam, że znam rozwiązanie, autorka definitywnie burzyła mój obraz bawiąc się ze mną w kotka i myszkę. To też sprawiało, że dawałam się nabrać na pułapki, które gdzieś tam po drodze wstawiała. Jedyne zastrzeżenie mam co do zakończenia. Chciałabym, żeby całość zakończyła się happy endem, podczas gdy dla jednej z postaci to wielki znak zapytania. Może to otwarta furtka od autorki, która być może napisze kolejną część i wtedy dowiemy się więcej? Mam nadzieję!

       Fani kryminałów na pewno nie będą zawiedzeni. Bo choć początek jest dość schematyczny i podobny do wielu innych książek i scenariusz - jak chociażby do filmu 'Uprowadzona', to jednak potem akcja odbija w swoją odrębną stronę i wszystko jest jak należy. Polecam tę książkę nawet stałym bywalcom w kryminalnych sferach, na pewno znajdą tutaj coś dla siebie.

       Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu FILIA. Oczywiście videorecenzja jest także dostępna na moim kanale na YouTube - serdecznie zapraszam :)



piątek, 15 kwietnia 2016

PRZEDPREMIEROWO: Caitlin Moran - DZIEWCZYNA, KTÓRĄ NIGDY NIE BYŁAM [RECENZJA]


Tytuł: Dziewczyna, którą nigdy nie byłam
Autor: Caitlin Moran
Wydawnictwo: Czarna Owca 
PREMIERA: 27.042016
Ocena na Lubimy Czytać:8/10
Ocena CathVanDerMorgan: 8/10


       Szczerze powiedziawszy w ogóle nie szaleję za tego typu powieściami, ale ,Dziewczyna, którą nigdy nie byłam’ zaskoczyła mnie na każdej płaszczyźnie i to o niej właśnie dzisiaj Wam opowiem.

       Nastoletnia Johanna Morrigan, to postać którą można by opisać wieloma zdaniami, ale najtrafniejsze z nich brzmi: to dziewczyna, która niczego się nie boi. Urodzona w wielodzietnej, ubogiej, dodajmy do tego szalonej rodzinie, Johanna ani przez chwilę nie waha się, by wyjść na przekór poglądom swoich rodziców i walczyć o swoje. Z resztą, kto z nas nie chciałby się urwać z rodziny, gdzie ojciec niczym Ferdek Kiepski cały czas próbuje rozkręcić interes życia, a matka beztrosko wychowuje dzieci, często nie poświęcając im zbyt wielkiej uwagi? Johanna zdaje sobie sprawę, że jeśli chce coś osiągnąć w życiu to musi liczyć sama na siebie i tutaj bardzo spodobała mi się jej determinacja. Pomaga jej w tym propozycja pracy dla jednej z londyńskich gazet traktujących o muzyce tamtych lat. I w ten sposób nasza główna bohaterka wyrusza na poszukiwanie przygód, odkrywa swoją seksualność, a przede wszystkim własną tożsamość.

       Johanna jest także narratorką powieści i to, co zaskoczyło mnie najbardziej to barwny, dobitny język, którym ta czternastolatka operuje. Jej trafne spostrzeżenia niejednokrotnie uderzały mnie w policzek, kiedy interpretując kolejne zdania uświadamiałam sobie jak wiele jest w nich prawdy. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat 80 i 90, gdzie wszystko dopiero się rozkręcało, gdzie w muzyce liczyło się o wiele więcej niż w dzisiejszych czasach. Dla starszych czytelników rzeczywiście będzie to sentymentalna podróż, gdzie królowała moda na Beatlesów, a Bee Gees dopiero rośli w siłę. Przyznam, że wielu zespołów, o których jest wspomniane w powieści nie słyszałam, więc dodatkową atrakcją dla mnie było buszowanie w sieci w poszukiwaniu starych nagrań. Naprawdę nieźle się przy tym ubawiłam.

       Przyznajcie: lata 80 i 90 miały swój klimat, który niestety w całej papce komercyjności zaginął. Wielokrotnie powtarzam, że mieliśmy szczęście urodzić się w czasach animacji Walta Disneya, muzyki Michaela Jacksona, Pokemonów czy Czarodziejek z Księżyca. Dzisiejsze dzieciaki są trochę pozbawione tej magii. I dlatego też z tak wielką przyjemnością czytało mi się tę powieść. Czytając ją nieraz czułam się jak w domu. Ach, ten klimat…

       Obserwowanie przemiany Johanny, z którą naprawdę się zaprzyjaźniłam przypominało mi trochę moje młode lata. Chociaż nie byłam aż tak szalona i nie miałam w sobie tyle siły i determinacji, podziwiam ją za to jak świetnie potrafiła się odnaleźć w wielkim świecie. Przez to też ta historia jest niesamowicie szczera a przede wszystkim wiarygodna. Chociaż autorka zaznacza na wstępie, że wszystko w tej powieści jest fikcyjne, myślę że gdzieś tam kiedyś mogło się wydarzyć. Metamorfoza Johanny to też świetna wskazówka dla młodych kobiet, które gdzieś tam tkwią we szponach niespełnionych ambicji własnych rodziców, albo ze względu na biedę nie mogą ruszyć z miejsca. Można się wiele nauczyć, a przede wszystkim uwierzyć, że można osiągnąć wiele. Wystarczy zrobić porządny krok do przodu. Młoda bohaterka ma coś w sobie z Bridget Jones i jestem pewna, że zyska sympatię czytelniczek także i w Polsce. 

       Podsumowując: ‘Dziewczyna, którą nigdy nie byłam’ to zabawna, szczera i nie owijająca w bawełnę historia, która niejednokrotnie zmusza do przemyśleń. Jest to literatura obyczajowa, skierowana typowo do kobiet, i to starszych, bo zaznaczam, że na kartach tej książki pojawia się dużo scen związanych z seksualnością i poznawaniem własnego ciała, więc młodszym czytelnikom zdecydowanie nakazuję odłożyć tę książkę i wrócić do niej za parę lat. Nie sądzę też, by męska część czytelników znalazła coś dla siebie, ale przecież zawsze można spróbować, prawda? Ja na pewno będę tę lekturę bardzo miło wspominać, cieszę się że mogłam ją przeczytać i jestem w szoku, bo po tak długim kacu książkowym z przyjemnością przeczytałam ją od deski do deski.

       Zapraszam także na filmową wersję recenzji jak zwykle na moim kanale na YouTube :)




       Za możliwość przedpremierowego przeczytania tej historii dziękuję wydawnictwu Czarna Owca, 

niedziela, 14 lutego 2016

Victoria Aveyard: Czerwona Królowa oraz PRZEDPREMIEROWO: Szklany Miecz

   

RECENZJA: Czerwona Królowa oraz PRZEDPREMIEROWO: Szklany Miecz




 

Tytuł: Czerwona Królowa // Szklany Miecz
Seria: Czerwona Królowa tom: 1,2
Autor: Victoria Aveyard
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive 
Data Premiery: 18.02.2015/ PREMIERA: 17.02.2016
Ocena na Lubimy Czytać: 7.8/10
Ocena CathVanDerMorgan: 7/10

       Nie czytaj, mówili, bo ta książka to tylko powtórka z rozrywki.

      Ale ja nie posłuchałam. Postanowiłam, że sięgnę po ‘Czerwoną Królową’ i bez względu na konsekwencje zapoznam się z lekturą. Czy się zawiodłam?

       Nastoletnia Mare Molly Barrow, pochodząca z niższej klasy społecznej (tak zwanych Czerwonych) za wszelką cenę stara się przeżyć i zapewnić jako taki byt swojej rodzinie. Razem ze swoim przyjacielem Kilornem często odwiedzają centrum miasteczka, by wmieszać się w tłum i przy okazji coś przeszmuglować. Tam rybka, tam klejnoty i w ten sposób za ukradzione rzeczy można przeżyć, co nie do końca podoba się rodzinie dziewczyny. Pewnego dnia Kilorn dowiaduje się o śmierci swojego mentora, a co za tym idzie będzie musiał iść do wojska. Mare, by zapobiec tej złej sytuacji decyduje się na kilka desperackich kroków, które prowadzą ją prosto na dwór królewskiej rodziny. Nie muszę wspominać, że zarówno ludzie w pałacu, jak i sama rodzina królewska to istna śmietanka towarzystwa wywodząca się ze Srebrnych, ludzi szczególnie uprzywilejowanych. Srebrni pomiatają Czerwonymi, traktują ich jak służbę, uważają się za lepszych. Srebrni posiadają bowiem moce, rodem z serialu Heroes albo tak popularnych X-Menów. Mamy więc różne odmiany obdarzonych mocami: Jasnowidzów, zielarzy, itd. Jak więc dziewczyna, pochodząca z Czerwonych poradzi sobie w świecie Srebrnych? Jak to jest być inną? A co, jeśli się okaże, że Mare wcale nie jest dziewczyną, za którą uważała się całe życie?

       Tak mniej więcej rozpoczyna się przygoda w ‘Czerwonej Królowej’. Oprócz ciekawego wątku politycznego z podziałem na Czerwonych i Srebrnych na kartach tej powieści pojawia się wiele intryg, interakcji między bohaterami, ciekawych rozwiązań fabularnych, choć nie brak w tej historii zapożyczeń z innych tego typu opowieści. Trafne są tutaj porównania do ‘Niezgodnej’, ‘Igrzysk Śmierci’, czy ‘Rywalek’, jednak dla mnie, osoby, która z wyżej wymienionych powieści kocha tylko ‘Igrzyska Śmierci’, ‘Czerwona Królowa’ to doskonały Misz-masz tych wszystkich opowiastek. Młodziutka Victoria Aveyard zapożyczyła z tych powieści wszystko co najlepsze, by w mistrzowski sposób upleść coś swojego, nietuzinkowego i, co najważniejsze, ciekawego. Nie brak w tej książce brutalności, ciężkich momentów, strasznych wyborów, które musi podejmować nasza główna bohaterka. 
       I choć z Mare, nie od razu się polubiłyśmy, wraz z biegiem fabuły nabrałam do tej postaci pewnego rodzaju szacunku. Dziewczyna robi wiele rzeczy, które ja osobiście skazałabym na potępienie, rozumiem jednak, w jakiej sytuacji się znalazła i co doprowadziło ją do wiecznego plątania się w kłopoty. Oprócz niej, w książce pojawia się kilka postaci męskich, przyjaciel Kilorn, oraz książęta Maven i Cal, którzy potrafią namieszać dziewczynie w głowie. Pojawia się, śmiem twierdzić, czworokąt miłosny, a więc tak naprawdę nic nie jest do końca oczywiste i wierzę, że Autorka jeszcze nie raz namiesza. To, co również mi się podoba to to, że sercowe rozterki naszej Mare to nie główne epicentrum historii, bowiem Autorka stawia przede wszystkim na akcję, obraz fabularny oraz paletę postaci, w których spokojnie możemy wybierać zarówno ulubieńców, jak i tych, których nienawidzimy od pierwszej chwili. W tej książce ewidentnie jest widać, która postać jest czarna, a która biała, jednakże w jednym wypadku gratuluję młodej Autorce pomysłowości, bowiem zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się, że jedna z postaci okazać się może podwójnym agentem. Ten bieg wydarzeń otworzył mi jednak oczy, akcja nabrała tempa, a zakończenie wbiło w fotel. Dobrze, że miałam pod ręką kontynuację.

       Teraz troszkę o 'Szklanym Mieczu', żeby podsycić Wam okres wyczekiwania. 
      Wielokrotnie zdarza się przy trylogiach, że druga część jest nieco słabsza od poprzedniczki. Tutaj wszystko utrzymane jest na jednym poziomie, a powiedziałabym nawet lepszym. Autorka odbija w swoją stronę, oczywiście zdarzają się inspiracje innymi schematami z gatunku dystopii, jednak nie jest to już tak bardzo widoczne. Razem z Mare i jej przyjaciółmi podróżujemy od rozdziału do rozdziału w poszukiwaniu ludzi podobnych do naszej głównej bohaterki. Jest to epizod bardzo ciekawy, wnoszący do powieści barwne postaci oraz kolejne pytania, na które odpowiedzi znajdziemy zapewne w ostatniej części trylogii. Ta część wydaje się być bardziej dojrzalsza, bardziej dopracowana, zapowiadając epicki finał. Bo jak dla mnie ‘Szklany miecz’ to cisza przed burzą. A jak mówię ‘przed burzą’ mam na myśli pioruny, wichurę i błyskawice. Dosłownie. Oj, będzie się działo. Wielkim plusem, zwieńczającym całość jest zakończenie. Bo opisy mogą być przydługie, dialogi miejscami kulawe, bądź zbędne, ale jednego pani Aveyard nie można zarzucić: ta kobieta potrafi pisać zakończenia wbijające w fotel. O, nie… Z tego fotela dosłownie spadamy! Tak się nie kończy książek! Nie, kiedy kontynuacja ma wyjść dopiero za rok, uff…

       Zarówno ‘Czerwona Królowa’ jak i ‘Szklany Miecz’ to książki, które nie każdemu przypadną do gustu, ale każdy musi się sam przekonać na własnej skórze. Tak, jak ja. Nie jest to historia, która powala na kolana. Nie jest to historia, którą żyłam, ale jednak napięcie było tak ogromne że z przyjemnością czytałam do końca. Pozostaje mieć nadzieję, że ostatni tom nie zawiedzie fanów, przyniesie odpowiedzi na pytania, a Mare okaże się prawdziwą zwyciężczynią, bo wojowniczką jest już teraz. Oj, ma dziewczyna potencjał!



Za możliwość przeczytania ‘Szklanego Miecza’ serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte. Nie wpłynęło to na moją ocenę książki. Więcej znajdziecie oczywiście na moim kanale na YT: Miasto Atramentowych Słów. 




poniedziałek, 18 stycznia 2016

James Dashner - Rozkaz Zagłady



Tytuł: Rozkaz Zagłady
Seria: Więzień Labiryntu 0,5
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data Premiery: 18.11.2015
Ocena na Lubimy Czytać: 7.6/10
Ocena CathVanDerMorgan: 8/10


       Zacznijmy od tego, że trylogia ‘Więzień Labiryntu’ ma zarówno swoich zwolenników jak i przeciwników. Ja zaliczam się raczej do tego niewielkiego procenta osób neutralnych. Zainteresowałam się Historią Streferów dopiero w momencie, gdy dowiedziałam się, że na ekrany kin wejdzie film i że rolę Thomasa zagra nie kto inny jak Stiles z Teen Wolfa, czyli Dylan O’Brien. W ogóle rok 2014 był rokiem samych ekranizacji i w którymś momencie przestałam nadążać nad czytaniem książkowych pierwowzorów.


       Pierwsza część trylogii, czyli ‘Więzień Labiryntu’ wciągnął mnie do swojego świata ze względu na klimat – język streferów, czające się w powietrzu niebezpieczeństwo, chłodne mury tajemniczego labiryntu to coś, z czym nie spotkałam się w żadnej innej historii. Sam motyw apokalipsy – czyli słoneczne rozbłyski, które wypaliły ziemię wydają mi się jedną z prawdopodobniejszych wersji przyszłości – w końcu słońce jest gwiazdą i kiedyś też nadejdzie jego kres. I myślę, że wcale nie będzie tak łaskawe jak w historii Dashnera. ‘Próby ognia’ czytało mi się znacznie wolniej i szczerze, gdybym nie obejrzała filmu – który swoją drogą nie jest jakąś stuprocentowo wierną ekranizacją książki – chyba raczej nie pamiętałabym szczegółów historii. Trzeciego tomu jeszcze nie miałam okazji czytać, więc trochę bałam się, że prequel zepsuje mi zabawę i zaspojleruje zakończenie. Ale ciekawość zwyciężyła – skąd wzięła się pożoga, kto zbudował labirynt i dlaczego. Na pewno odpowiedzi na te pytania znajdują się w ‘Leku na śmierć’, ale los tak chciał, że to właśnie ‘Rozkaz zagłady’ trafił w moje ręce jako pierwszy. Nie miałam wyjścia, zabrałam się do lektury.

       ‘Rozkaz zagłady’ rozpoczyna się kilkanaście lat przed wydarzeniami z ‘Więźnia Labiryntu’ Słońce postanowiło zaatakować ziemię, nastąpiła susza, brak warunków do życia, ludzie umierają. Ci, którzy przeżyli za wszelką cenę muszą walczyć o przetrwanie, co jest charakterystyczne dla dystopijnych historii. Warunki są ekstremalne, jednak w takich chwilach w ludzkich umysłach włącza się odpowiedni instynkt, który niczym koło popycha do działania. I o tym generalnie jest książka – przetrwanie zagłady. Z wieloma świetnymi momentami.

       Głównym bohaterem prequela jest młody chłopak – Mark, którego bardzo dużo łączy z Thomasem, ale jeszcze więcej dzieli. Wydaje mi się, że główna męska postać ‘Więźnia labiryntu’ często działała spontanicznie, instynktownie, pod wpływem chwili, tymczasem Mark ma troszeczkę więcej oleju w głowie i woli najpierw pomyśleć, a potem coś zrobić. Obaj jednak są młodzi, nieustraszeni, zmuszeni by zbyt szybko dorosnąć. I chociaż Mark ma nierozłącznego partnera Aleca, oraz innych przyjaciół takich jak Trina czy Lana, to właśnie postać Marka została najlepiej nakreślona, choć i tutaj mam Dashnerowi wiele do zarzucenia.

       Autor bardziej skupił się na akcji, niż na kreacji postaci, bardzo brakowało mi jakiegoś podłoża psychologicznego dla Aleca, Triny i Lany. Pomimo, że autor cały czas rzuca im kłody pod nogi, postaci nie ulegają przemianie, jakie były na początku takie są także na końcu powieści. A fabuła cały czas gna do przodu, książka ma kilka fajnych momentów i nie ma chwili na porządny oddech chociaż nie raz potkniecie się o pewnego rodzaju schematyczność. Ale ćśśś… wybaczamy! Jednak fani spotkań z zombie będą zachwyceni, bowiem mają tutaj szczegółowy poradnik jak poradzić sobie z takim rodzajem potworów w każdych warunkach.

       Inną sprawą jest według mnie momentami fatalny język i zastanawiam się czy te liczne powtórzenia to nie wina tłumaczenia. Wszak w języku polskim mamy mnóstwo synonimów i można by było kilka powtórzeń zastąpić innymi słowami, ale cóż... Przez to przyznam że czytało mi się trochę ciężej i za każdym razem gdy Mark zginał się w pół z bólu też miałam ochotę zgiąć się w pół.

       Wydaje mi się, że Rozkaz zagłady to książka przede wszystkim dla fanów Więźnia Labiryntu, choć i jako powieść osobna mogłaby się spokojnie obronić i można by było od niej właśnie zacząć przygodę z całą historią. Generalnie nie znalazłam zbyt wielu odpowiedzi – jeszcze nie czytałam Leku na śmierć, więc pamiętajcie iż moje wymagania są wielce wygórowane – poznajemy jednak to najważniejsze – SKĄD WZIĘŁA SIĘ POŻOGA. I jeśli to Was nie zainteresuje, to nie macie po co sięgać po tę książkę. Ale! Fani Jamesa Dashnera mają coś superowego. Pomyślcie, Potteromaniacy, jacy szczęśliwi bylibyśmy mając prequela Harry’ego, i to niekoniecznie Fantastyczne.. ale na przykład historię Huncwotów. Jaka by nie była pożarlibyśmy ją na jednym wydechu, więc fani Więźnia Labiryntu znajdą w Rozkazie zagłady powrót do swojego ulubionego świata, ten sam styl pisania którym Dashner uraczył nas w całej trylogii, nowe postaci, w tym właśnie Marka, który doskonale poprowadzi nas przez wszystkie karty tej książki kilka razy doprowadzając do palpitacji serca.


                                                                       Ode mnie 8/10. 

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU:

TO, ŻE DOSTAŁAM KSIĄŻKĘ DO RECENZJI, NIE WPŁYNĘŁO NA MOJĄ OPINIĘ :)
WERSJA VIDEO:



sobota, 27 czerwca 2015

Nicholas Sparks - NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ [recenzja]



Tytuł: Najdłuższa Podróż
Autor: Nicholas Sparks
Wydawnictwo: Albatros
Ocena na Lubimy Czytać: 7,5//10
Ocena CathVanDerMorgan: 8/10


       Często spotykam się z opinią, że Nicholasa Sparksa albo się kocha, albo nienawidzi. Totalnie podpisuję się pod tym zdaniem. Nie da się ukryć, że jego powieści bazują na pewnego rodzaju schemacie: dwoje ludzi, poznają się przypadkowo, zakochują się, a potem następuje twist, który dość często doprowadza do śmierci jednego z bohaterów… tak, to nie jest spojler. Ja jednak, pomimo tych wszystkich zażaleń do pana Sparksa naprawdę lubię jego książki. Lubię raz na jakiś czas po którąś sięgnąć, bo poza tymi wszystkimi schematami mają w sobie jakąś magię, która mnie do nich ciągnie, a co za tym idzie niosą przesłanie, obok którego nie jestem w stanie przejść obojętnie.

       Po 'Najdłuższą podróż' sięgnęłam głównie ze względu na ekranizację, która niedawno weszła do polskich kin, a której niestety nie miałam okazji jeszcze obejrzeć. Co mnie najbardziej w tej powieści urzekło, to ten kowbojski klimat. Przypomniało mi to moją miłość do wcześniejszych piosenek Taylor Swift, dziewczyny z loczkami w kowbojskim kapeluszu, która zyskała sobie miliony fanów poruszając się właśnie w klimatach country.  Rodeo, ujeżdżanie byków, a nawet śmiem twierdzić, zgoda z naturą to jest coś, co mnie zawsze w jakiś sposób fascynowało, a czego w Polsce raczej nie zobaczymy.

       Wiele razy myślałam sobie, że życie na przykład w takim Tenesse, pełnym zieleni, zwierząt, miejsc nienaruszonych przez człowieka musi być naprawdę ciekawe. Dla dziewczyny z miasta, całkowicie zależnej od prądu i cudów techniki jest wręcz nieosiągalne, by wstawać o świcie wraz z pianiem koguta, wyprowadzać krowy, karmić kury. Taki właśnie jest Lucas, jeden z trójki głównych bohaterów książki, a zarazem jeden z jej narratorów, który po odejściu ojca pełni funkcję głowy rodziny. Na jego głowie są drobne remonty, dbanie o ranczo, które tak bardzo kocha jego matka, a które z pewnych powodów mogą wkrótce stracić. Chłopak wychodzi z siebie, by do tego nie dopuścić, który igrając ze śmiercią ujeżdża byki w przeróżnych zawodach i turniejach. Ale to nie chęć zaimponowania popycha go do tego ryzyka, ale wielka miłość do matki. Sophie jest całkowitym przeciwieństwem Lucasa – poukładana, dobrze wie czego chce, zakochana w sztuce, to dziewczyna której rodzice nie do końca popierają jej życiowe wybory przez co jest zdana sama na siebie. Trzecią postacią jest sędziwy starzec, Ira, opłakujący od lat odejście swojej ukochanej żony Ruth. W pewnych dość nieszczęśliwych okolicznościach, Ira, zdany sam na siebie, w obliczu śmierci wspomina swoją młodość i dorastanie w okresie II wojny światowej.

       Już w opisie książki dowiadujemy się, że losy tych bohaterów w jakiś sposób wkrótce się ze sobą splotą, więc pełna napięcia wyczekiwałam tego kulminacyjnego momentu. I tym razem Nicholas Sparks mnie nie zawiódł, co oczywiście plasuje ,Najdłuższą podróż’ jako jedną z moich ulubionych powieści tego pana. Autor w subtelny sposób pokazuje nam, jak naszym życiem rządzi przypadek. Mój najlepszy przyjaciel wielokrotnie powtarza mi iż wierzy, że wszyscy jesteśmy tu z jakiegoś powodu, że nic nie dzieje się przypadkiem, że każda chwila naszego życia ma znaczenie. Na przykład idąc ulicą i wpatrując się w ekran telefonu,  nie zdajemy sobie sprawy, że być może właśnie w tej chwili zaprzepaszczamy swoją szansę. Cierpimy z samotności, a teraz oto mijamy miłość swojego życia, jednak już nigdy się tego nie dowiemy, bo podczas gdy ta osoba patrzyła na nas, my gapiliśmy się na głupią tablicę facebooka.




       'Najdłuższa Podróż' nie wyróżnia się językiem, jest to prosto napisana obyczajówka, pełna przesłań i wspaniałych wskazówek, którymi każdy z nas powinien się kierować. Nicholas Sparks udowadnia nam, jakimi prawami rządzi się ludzkie przeznaczenie, jednocześnie alarmując i ostrzegając, by mieć zawsze szeroko otwarte oczy.

       W stylu Sparksa zawsze podobało mi się to, jak opowiada o miłości, zarówno tej młodzieńczej jak i tej już dojrzałej, która może nas dopaść nawet, gdy będziemy mieć sześćdziesiąt lat. To właśnie w tej powieści ukazuje najlepiej że miłość ma wymiar uniwersalny, jest to uczucie, które potrafi nagiąć czasoprzestrzeń, wpłynąć na nasze umysły jeszcze zanim zdamy sobie z tego sprawę. To wszystko klasyfikuje ,Najdłuższą podróż’ jako opowieść bardzo bliską, realistyczną, taką, która pomimo tego niesamowitego twista na koniec naprawdę mogła się wydarzyć.

       Komu ją polecam? Przede wszystkim czytelnikom, którzy wątpią w miłość. Być może dzięki tej powieści zmienicie zdanie, otworzycie serca i oczy, a to, czego tak pragniecie wyjdzie wam naprzeciw. Ach, no i zapomniałabym. Tutaj szczególnie tyczy się to pań, jeśli lubicie przystojnych panów w kowbojskich kapeluszach, to definitywnie znajdziecie tu coś dla siebie!



A na koniec zapraszam na filmową wersję recenzji: